Czarty z Melsztyna
Ziemia zakliczyńska, rozciągająca się między wzgórzami, lasami i polami złocistych zbóż, od wieków znana była z żyznej gleby, pracowitych ludzi i tej jednej rośliny, którą nazywano jej królową – fasoli jaśka. Na dwadzieścia cztery wioski, które tworzyły tę krainę, składały się osady tętniące życiem, a ich sercem było miasteczko Zakliczyn. Mieszkańcy od pokoleń żyli w zgodzie z naturą, pielęgnując pola, wypasając bydło i opowiadając legendy o dawnych bohaterach. Lecz żadna z tych opowieści nie była równie niezwykła, co historia skromnego chłopa imieniem **Jasiek**, który stanął samotnie przeciw siłom, których wielu nawet bałoby się nazwać.
Historia zaczyna się w czasach, gdy nad Zakliczynem wisiała myśl o wybudowaniu zamku w pobliskim Melsztynie. Miał to być zamek nie byle jaki – taki, który przetrwa wichry dziejów, odpędzi wrogów i stanie się dumą całej okolicy. Jednak problem pojawił się już na samym początku: skąd wziąć kamień tak doskonały, by udźwignął potęgę tej budowli? Odpowiedź przyniósł przypadkowy turysta, wędrowiec znany z opowiadania dziwnych, ale często prawdziwych historii. Twierdził, że widział odpowiednie głazy w lasach Gór Świętokrzyskich, w głębokich, mrocznych lochach, gdzie od stuleci spoczywały nietknięte ludzką ręką.
Lecz nikt z Zakliczyna nie zamierzał ruszać w takie miejsce bez pomocy. Wtedy do głosu doszedł człowiek, który w całej okolicy uchodził za mędrca – stary gospodarz **Antek**. Miał kruczo czarne włosy, zielone oczy i twarz pooraną zmarszczkami, ale każdy, kto go znał, wiedział, że pod tą surową powierzchnią kryła się wiedza większa, niż mogłoby się wydawać. Znał się na drewnie, na glinie, na ziemi, na kamieniu… i na rzeczach, o których ludzie mówili tylko szeptem.
To właśnie on stwierdził, że jedynym sposobem na sprowadzenie kamieni z tak daleka jest poproszenie o pomoc istoty nadprzyrodzone. A konkretnie – **czarownice z Łysej Góry**, które od pokoleń zawarły pakt z hersztem Borutą, władcą czartów, chochlików i wszelkich piekielnych stworzeń zamieszkujących szczeliny między światami. Pomysł ten był tak szalony, że nikt nie miał odwagi go poprzeć – oprócz jednego człowieka.
Tym człowiekiem był Jasiek. Ubogi, młody chłopak, którego chatka stała na skraju wsi, w cieniu starych dębów. Jasiek nie miał majątku ani rodziny – tylko parę starych ubrań, torbę, trochę jedzenia i więcej odwagi, niż mogłoby się wydawać. Zgłosił się natychmiast, wiedząc, że nie ma w życiu niczego, co mógłby stracić. Antek spojrzał na niego z szacunkiem, a potem uścisnął mu dłoń – jakby właśnie przekazywał mu ciężar większy niż skały z Gór Świętokrzyskich.
– Jasiu, pamiętaj – powiedział stary gospodarz. – Z czartami się nie zadziera. Z czarownicami też nie. Ale jeśli serce masz czyste, może dadzą ci spokój.
Te słowa miały mu towarzyszyć przez całą drogę.
W brązowym, znoszonym odzieniu i z torbą przewieszoną przez ramię Jasiek ruszył w podróż. Każdy krok w nieznane sprawiał, że czuł na karku oddech czegoś niewidzialnego. Modlitwa była jego jedyną bronią. Ścieżka prowadziła przez gęste lasy, których gałęzie szumiały jak szept dawnych duchów, aż wreszcie dotarł do samej **Łysej Góry** – miejsca, które od wieków owiane było grozą.
Tam, pod starożytnym dębem, czekały na niego czarownice. Ich twarze były pobrużdżone zmarszczkami, oczy świeciły zielonym blaskiem, a włosy powiewały jak dym nad ogniskiem. Z nimi były też czarty – drobne chochliki o czerwonych oczach, czarnych skrzydłach i ruchach tak szybkich, że trudno było je dostrzec. Jasiek podpisał z nimi umowę: kamienie zostaną dostarczone w ciągu roku, ale w zamian chłop miał do końca życia pleść miotły dla czarownic.
Wszystko wydawało się nierealne – a jednak czarty ruszyły do pracy. W nocy, gdy słońce nie mogło osłabić ich mocy, wynosiły ciężkie głazy z lochów, dźwigając je na swoich skrzydłach, kopytach i szponach. Leciały przez niebo niczym czarne meteory, lądując pod Melsztynem. Zamek rósł. Mury pięły się ku górze, bramy nabierały kształtu. Każdy nowy kamień oznaczał, że Jasiek coraz bardziej zbliża się do momentu, w którym będzie musiał zamieszkać z czarownicami na Łysej Górze… na zawsze.
Ale Jasiek, choć skromny, nie był głupi. Gdy pewnej nocy zobaczył czarty niosące nie tylko kamienie, lecz także wielką skrzynię pełną złota, diamentów, rubinów i szmaragdów – jego serce zabiło szybciej. A kiedy dostrzegł w niej także kobiece ozdoby, wiedział, że czarty muszą być sługami jakiejś ogromnej, pradawnej siły. Pomyślał: „Co by to było za życie, gdybym był bogaty?”.
Zaczerpnął trochę złota. Tylko tyle, ile zdołał ukryć w kieszeni. I w tym momencie zrodził się w nim plan.
Antek, który znał świat lepiej niż ktokolwiek, podsunął mu pomysł sprytnej pułapki. Jasiek wykopał głęboką studnię, którą przykrył gałęziami, trawą i liśćmi. Kiedy czarty lądowały z kamieniami pod zamkiem, jedna po drugiej wpadały w dół, nie mogąc wydostać się spod ciężaru własnych ciał. A gdy ostatni z nich wpadł do pułapki, Jasiek zasypał studnię ziemią i postawił na niej kamienną figurę **Matki Boskiej z Dzieciątkiem**.
Była to dla niego nie tylko ochrona, ale symbol zwycięstwa nad siłami, które wydawały się niepokonane. Czarty nie mogły zbliżyć się do świętej figury – ich moc rozpłynęła się jak dym na wietrze.
Umowa została złamana. Czarownice wpadły we wściekłość, ale moc Boruty nad nimi osłabła – bez swoich sług nie mogły już zagrozić światu ludzi. A kamienie? Było ich już dość, by zamek stanął w pełnej okazałości.
Gdy budowniczowie postawili ostatni mur, Jasiek wrócił do swojej chatki. Bogaty? Może nie. Ale za to wolny. I szczęśliwy.
Od tamtej pory powtarzał wszystkim jedno: „Żadne bogactwo nie jest warte utraty wolności. A już na pewno – duszy.”