Przejdź do głównej treści

Czart na melsztyńskim Zamku

Czart na melsztyńskim Zamku

W średniowieczu mieszkańcy okolicy długo zastanawiali się, skąd wziąć ogromne kamienie potrzebne do budowy zamku. W pobliżu Melsztyna brakowało odpowiedniego budulca. Wiedzieli jednak, że na terenie Gór Świętokrzyskich leżą wspaniałe złoża kwarcu idealne do budowy murów obronnych. Problemem była ogromna odległość.

Wtedy jeden z mieszkańców, znany z bujnej wyobraźni, ale i sprytu, zaproponował coś, co wkrótce stało się początkiem legendy: skontaktować się z czarownicami z Łysej Góry – sławnymi wiedźmami, które potrafiły dokonywać rzeczy niemożliwych. Tylko one mogły w krótkim czasie przenieść gigantyczne bloki kamienne na skrzydlatych miotłach, wspomagane magią i diablimi pomocnikami.

Tak właśnie powstała magiczna umowa między mieszkańcami Melsztyna a czarownicami. Wiedźmy w zamian za dostarczenie wszystkich kamieni miały otrzymać zapłatę – świeżą wiklinę z naddunajeckich kęp, idealną na nowe miotły. Umowę podpisano jesienią, podczas ciemnej, mglistej nocy. Wtedy też do Melsztyna przybyły wiedźmy, ich przyboczne czarty oraz słynny Boruta, znany w całej Polsce diabeł, przewodnik wszystkich piekielnych sił w tej części kraju.

⭐ Nocny transport kamieni i groźna burza

Czarownice i czarty pracowały tylko nocą, gdy księżyc znikał z nieba i panował nów. Wtedy powietrze drżało od potęgi magii. Z Gór Świętokrzyskich wylatywały ogromne grupy latających postaci, dźwigających pod sobą wielkie głazy kwarcowe. Mieszkańcy Melsztyna, Wojnicza oraz Zakliczyna wspominają, że towarzyszył temu potężny szum skrzydeł, huk, błyski ognia i woń siarki. Nikt nie odważył się wychodzić z domu. Psy wyły, a dzieci kryły się w ojcowskich ramionach.

Przez wiele tygodni dostawy kamieni przybywały bez przeszkód. Mury zamku rosły. Jednak pewnej nocy, kiedy wiatr zmienił kierunek i z Zachodu nadciągnęła furia żywiołów, stało się coś, czego nie przewidział nawet Boruta. Rozszalała się burza tak silna, że mieszkańcy uwierzyli, iż nadszedł koniec świata. Pioruny biły jeden po drugim, huraganowy wiatr wył między drzewami, a niebo wyglądało jak otchłań piekła.

Nagle, tuż po północy, niebo pękło od potężnego huku, po czym nastąpiła cisza tak głęboka, że wielu padło na kolana, myśląc, że to znak boski. Gwiazdy znów zabłysły, a noc wróciła do normy. Jednak burza wyrządziła ogromne szkody – niektóre czarty, niosące kamienie, zostały zepchnięte z kursu.

⭐ Wojnicki wójt i upadły czart

Następnego dnia kupcy z Wojnicza wyruszyli na jarmark do Krakowa. Jechali wesoło, rozmawiając i śpiewając. Nagle konie zatrzymały się w miejscu, parskając i odmawiając dalszej drogi. W powietrzu unosił się nieprzyjemny smród, a z oddali dochodziły dziwne jęki. Przerażeni kupcy zawrócili i powiadomili o wszystkim wojnickiego wójta – człowieka odważnego, silnego i znanego z nieustępliwości.

Wójt, nie chcąc czekać na rozwój wydarzeń, wziął parobka i ciężkie łańcuchy, po czym wyruszył w miejsce zdarzenia. I rzeczywiście – na wzgórzu, przy drodze, leżały roztrzaskane kamienie oraz dwa martwe czarty, zaś między nimi przygnieciony, jęczący bies, który ocalał z katastrofy.

Wójt zakuł go w łańcuchy i zabrał do Wojnicza, lecz w nocy czart odzyskał siły, zerwał okowy i uciekł. Jego zniknięcie spowodowało ogromny problem – brakowało ostatniej partii kamieni, a zgodnie z umową czarownice musiały dostarczyć wszystkie. Ponieważ tego nie zrobiły, kontrakt się unieważnił.

⭐ Bies próbuje odnaleźć swoje miejsce

Czart bał się wrócić do piekła – wiedział, że spotka go kara za niedoprowadzenie umowy do końca. Błąkał się po lasach, polach i drogach, przygnębiony i zagubiony. Pewnego dnia natknął się ponownie na wójta, który tym razem złapał go bez większego wysiłku.

Mam dla ciebie pracę” – oznajmił surowo. Diabeł, drżąc, zapytał nieśmiało: „Jaką?”. „Będziesz pomagał mieszkańcom Wojnicza” – odpowiedział wójt.

Pierwszym miejscem, do którego poszli, była chatka staruszki słynącej z pobożności. Kiedy zobaczyła, że wójt przyprowadził do niej czarta jako pomocnika, wrzasnęła tak donośnie, że ptaki zerwały się z drzew. Rzuciła w diabła krucyfiksem i wodą święconą, a ten uciekł, aż zatrzęsła się ziemia.

⭐ Czart odnajduje schronienie w Melsztynie

Smutny, samotny, niemający dokąd pójść, bies dotarł do Melsztyna. Zapukał nieśmiało do domu właściciela zamku. Ten, jak się okazało, był człowiekiem rozsądnym i odważnym. Kiedy usłyszał, że czart pomagał przenosić kamienie na budowę warowni, nie wyrzucił go, lecz przyjął pod swój dach.

Od tego momentu bies pracował w zamku. Pilnował obejścia, naprawiał mury, strzegł bram i dziedzińca. Z czasem polubił swoją pracę – pierwszy raz w życiu czuł, że robi coś pożytecznego.

⭐ Nowy właściciel i powstanie ukrytych lochów

Po latach zamek sprzedano bogatemu kupcowi z Krakowa. Nowy właściciel miał ogromne bogactwa, klejnoty, złoto i srebro, których bardzo się obawiał utracić. Nakazał więc wykopać potężne lochy i przygotować skrytkę na swoje kosztowności. Czart dalej pilnował zamku, a wkrótce powierzono mu również strzeżenie skarbów.

Ta praca dawała mu ogromną satysfakcję. Strzegł kosztowności z taką gorliwością, że przez setki lat nikt nie odnalazł ukrytego skarbca. Z czasem ludzie zaczęli zapominać o czarcie. Zniknął z opowieści, zaszył się głęboko w lochach, a jedyne, co pozostało, to legenda o skarbie z zamku w Melsztynie, pilnowanym przez wiernego biesa.

Do dziś mówi się, że gdzieś pod ruinami zamku Melsztyn wciąż istnieje skarb, ukryty głęboko pod ziemią, pilnowany przez tajemniczą postać z dawnej legendy. Wielu próbowało go odnaleźć, ale żadnemu się to nie udało. Mówią, że tylko osoba o czystym sercu i odwadze wielkiej jak melsztyńska skała mogłaby stanąć twarzą w twarz z dawno zapomnianym strażnikiem.